KKF Sathra

 

Roniński - przygody hreczkosieja bez pana

Page history last edited by Anonymous 3 yrs ago

Roniński - przygody hreczkosieja bez pana

 

Rozdział 1

 

Pochylony wiekiem dworek w Przyrucach przyglądał się sennie rozłożonej w dolince wsi. Ściany, pobielone zeszłej wiosny, odbijały promienie wysoko stojącego słońca, czyniącego je dobrze widocznymi z dużej odległości. Czasy świetności miała już jednak stara siedziba za sobą. Słomiany dach zapadał się powoli, a otaczający dworek niski płot ział dziurami.

 

Adam Roniński przechadzał się właśnie wokół drewnianego ogrodzenia szacując koszta naprawy, gdy przez kuchenny ganek nadbiegł ku niemu chłopski pachoł imieniem Maćko. Szata z zielonego sukna przedziwnie zwisała na chudym młodziaku, choć nosił ją już przeszło półtora roku. Na chamie i suknia źle leży, pomyślał Roniński.

 

- No, Maćko, gdzież ci tak spieszno?

- Pane, obce jadą! – zakrzyknął pachołek i wzniósł ręce ku wysokości niebios.

- Cóż stoisz, psia jucho? – skarcił go szlachcic. – Leć służbę rychtować, gości witać. Ja pójdę po Jaśnie Pana dobrodzieja.

 

Roniński pokiwał smutno głową, patrząc jak chłopek niezdarnie leci na powrót do dworu. Gdzież się podziały te czasy, gdy dobrą szlachecką służbę można było nająć? Dziś i dziesięciu Maćków tyle, co jeden dobry pan herbowy nie wydoła. O tempora!

 

Spojrzał Roniński przez dziurę w opłotku i dojrzał chmurę pyłu sunącą drogą. Musi być z dziesięć koni, suponował. Wyprostował się po chwili i poczłapał do dziedzica.

 

Dziedzic, mości Wanowski, był to już człowiek niemłody. Sześćdziesiątą wiosnę kończył niedawno. Pan Bóg jednakowoż uchował starego żołnierza w dobrym zdrowiu. Krzepę miał imć Wanowski niesłychaną, armatę by jeszcze pchnął, podkowy zginał i sam jeden pole mógł zaorać. Szczęśliwie tego ostatniego robić nie musiał, bo mu do tego chłopów z Przyruców starczało, choć ledwo. Na widok swego hreczkosieja rozpromienił się nieco na posępnym obliczu i popijając miodu zapytał.

 

- Co tam, Adamie?

- Goście jadą, Wielmożny Panie.

- Goście? – Wanowski podrapał się powoli po siwej czuprynie. – No to strawę gotować i antałek z piwnicy wytoczyć. Węgrzyna – tu Wanowski przerwał, zastanowił się, po czym dodał z chytrym uśmiechem – jeno młodszego.

- Wedle woli Jaśnie Pana.

 

Roniński skłonił się lekko i uśmiechając się na pański dowcip podążył do kuchni, wydać ordynans na mięsiwo. Zszedł potem z Maćkiem do piwniczki i po spróbowaniu wybrał beczkę wina. Gdy znów stanął przed chlebodawcą, ten zasiadał już przy stole z córką i trzema gośćmi. Przyjezdnych było więcej, ale reszta z braku miejsca została na majdanie, według dobrego obyczaju ustępując znaczniejszym pośród siebie.

 

Goście wrażenia na Ronińskim wielkiego nie uczynili. Ot, kapoty szare, szuby stare i wyleniałe, a kiesy, zapewne, próżne. Jeden, co się większą prezencyją wyróżniał, przejął ciężar rozmowy z gospodarzem, gdy reszta jadło i trunek przełykała, raz po raz na pannę Elżbietę popatrując.

 

Bo i panna Elżbieta przedziwnie gładką była. Cera jasna i zdrowa, twarz anielska, oczy jak dyjamenty, kształty obfite. Niejeden już do mościanki Wanowskiej uderzał w konkury, ale ani serca białogłowy nie podbił, ani u ojca amicycji nie dobił. Przeto dziedziczka Przyruc na dworze ojcowskim pozostawała, nikomu zrękowinami nie przyrzeczona.

 

- Skądże to, waćpanowie, zdążacie? – spytał Wanowski dla podtrzymania dialogu, choć znać było Adamowi, że to panu nie w smak.

- Ze świata! – ryknął ten, co za resztę mówił, z brodą siwą, zmierzwioną i tęgim brzuszyskiem, wino wprost ze dzbana pijący. – My duchy niespokojne, tam najdziem, gdzie nas Bóg poprowadzi, a czasem i licho porwie. Na Ruś jedziem. A waćpan o Diable słyszałeś?

 

Cicho nagle się w izbie zrobiło. Gruby dziwnie na Wanowskiego poglądał, a jego towarzysze jeść przestali i oczy od panny Elżbiety oderwali. Włodarz upił łyk, postawił puchar i chwilę się namyślał.

 

- O Stadnickim prawisz?

- O Czarcie! – wykrzyknął brodacz z nagłą siłą. – Powiadają, że ojcem jego Boruta, a matką wiedźma!

- Może to być – odparł powoli Wanowski. – Boruta piekła charakternik, ale herbem się mieni. Od tego to mógłby szlachcic dziecię bez szkody przygarnąć.

- Bez szkody! Stadnicki bez szkody!

 

Na to wszystkich trzech śmiechem gromkim wybuchło.

Roniński przez ten czas trzymał pieczę nad stołem, pilnując czy potrawy w odpowiednim czasie wniesione i wino do kielichów nalane. Teraz, korzystając z chwili swobody, Wanowski odprawił go, nakazując cichcem, by do jakiejś sprawy w obejściu obwołał go za cztery pacierze. Siadł więc Roniński w kuchni na zapiecku, napełnił własnoręcznie wystruganą fajkę tytoniem z kapciucha i zapalił. Kręgi dymu przesuwały się powoli pod powałą, a Adamowi przypomniało się znów niebo nad Pskowem, tak samo od smug z puszek przykryte. Chorągwie dniami całymi nacierały na mury potężnej twierdzy, bronionej przez niemytych Moskali. Słyszał komendy, trąby, gwizdy kartaczy.

 

Przerwał Ronińskiemu refleksje dźwięk znajomy, a tak pasujący, że w pierwszej chwili mu się wydało, że to wspomnienie tamtych czasów. Lecz prędko się zreflektowawszy skoczył na nogi. Strzał. W pokoju pana. Niewiele myśląc ruszył w tamtą stronę, pokrzykując na służbę. Pchnął z rozmachem drzwi izby i stanął twarzą w twarz podłodze nieszczęściem. Na podłodze o ledwie dwa kroki leżał mości Wanowski. Ogromna dziura po kuli ziała mu z czoła. Rana ni chybi śmiertelna. Gdzieś z boku doszedł głos tłuczonego szkła, sapanie męskie i krzyk panny. Odezwały się w Adami dawna instynkta, chciał działać, lecz nim zdążył choćby głowę obrócić, padł na ziemię zdradziecko rażony od tyłu obuchem.

 

Lężącego jak nieżywy zbudził strumień zimnej wody. Roniński otworzył oczy u ujrzał nad sobą Maćka z cebrem. Dźwignął się z trudem. Guz na głowie miał ogromny, lecz twarda czaszka nie pękła. Nie takie razy przyjmował pskowski towarzysz. Wartko jął szkody oceniać. Pan zabity. Stół w izbie wraz z zastawą całą wywrócon i dym pistoletowy jeszcze w nos wierci. Okno z frontu rozbite, a w podwórcu głębokie ślady koni, które uniosły hultajstwo przez bramę na oścież rozwartą. Po pannie Elżbiecie ni śladu.

 

- Gwałt zadany – oświadczył z gniewem. – Maćko, szykuj bachmata.

- Pan jede?

 

Spojrzał Roniński na Maćka i dojrzał łzy w oczętach pacholika. Poczciwa dusza, choć chamska. I jemu aqua się na ślepia cisła, lecz wstrzymał. Mścić dobrodzieja, pannę odzyskać, jedyne, co robić mógł i umiał. Pobiegł do swej izby na poddaszu, dobył klucza i otworzył nim starą skrzynię z ciemnej dębiny. Leżała tam, jako ją kładł przed wielu wiosnami. Chwycił w garść żelazo, wyrwał z pochwy i smagnął powietrze.

 

- Dobrześ się trzymała, moja pani – zamruczał pod wąsem, przypasawszy starą karabelę do boku.

 

Zaraz dobył także krócicy i wepchnął za pas, a obok proch z kulkami. Na ostatek sięgnął dłonią pod siennik i wyciągnął sakwę pełną talarów – nagrodę za ciężką służbę. Miał już iść, lecz jego wzrok padł na lustro nie pierwszej czystości. Przetarł je szmatą i dostrzegł własne odbicie. Zdawało mu się, że nagle o dziesięć lat odmłodniał. Oręż w ręku, w oku młodzieńcze błyski.

 

- Gotów – rzekł sobie.

 

Bachmat czekał już na niego pod siodłem. Płynnym ruchem znalazł się Adam w kulbace i schylił się zwierzęciu do ucha.

 

- Pan twój już na tobie nie zasiądzie. Nieś mnie rączo, bo w jego imię ruszam.

 

Koń zarżał lekko, pokiwał łbem i przestąpił na drugie kopyto. Jeździec wyprostował się z zadowoleniem. Spojrzał w rozbite okno, słów parę do Boga zaniósł i przypieczętował krzyżem.

 

- Maćko! – zawołał chłopka. Młody przybliżył się niepewnie.

- Dbaj o rodowe, póki z panną nie wrócę. Pogrzeb panu wypraw dobry. Pieniądz dla proboszcza wynajdziesz w alkierzu.

 

Tyle rzekłszy, ściągnął hreczkosiej cugle i konia ku bramie zwrócił. Dawno już nie jeździł, lecz za dobrych lat wiele godzin umiał okrakiem na koniu wysiedzieć. Ścisnął bachmata obcasami i pomknął jak strzała przez wieś. Zatrzymał się dopiero na skraju lasu, skąd mógł ostatni raz na dwór spojrzeć. Przyruce stały jak dawniej na pagórku, bielejąc w słońcu. Ile jeszcze lat stać będą? Roniński szybko otarł łzę z policzka i wjechał pomiędzy drzewa.

Comments (0)

You don't have permission to comment on this page.